o książkach, literaturze, magazynach i nagrodach literackich
Kategorie: Wszystkie | nagrody | prasa | recenzja
RSS

recenzja

sobota, 11 grudnia 2010

Postanowiłam lepiej poznać tegorocznego noblistę, Mario Vargasa Llosa, i sięgnęłam po  "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki". Wybór był bardzo dobry, bo powieść nie jest ciężka, czyta się ją przyjemnie, a warsztat pisarza świetny.

Tytułowa niegrzeczna dziewczynka to tajemnicza kobieta bez skrupułów, która pojawia się i znika w życiu głównego bohatera, Peruwiańczyka Ricardo, odkąd był nastoletnim chłopcem. Chociaż cały czas go oszukuje i rani, on kocha ją bez pamięci. Można powiedzieć, że jest masochistą. Można też spojrzeć z zachwytem na tą miłość, romantyczną i bezwarunkową. "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to historia miłosna, w której nie brak sentymentalnych scen prawie wyciskających łzy z oczu i happy endu (paradoksalnie smutnego).

Książka ta jest także powieścią obyczajową. Pokazuje zmieniającą się sytuację polityczną i ekonomiczną w Peru, a także przemiany obyczajowe w Europie. Ricardo mieszka w Paryżu, ale akcja dzieje się w Londynie, Madrycie, a nawet w Japonii. Obserwujemy styl życia i sposób spędzania wolnego czasu od lat 60-tych do 90-tych dwudziestego wieku. Postępowanie Peruwianki po trupach dążącej do celu - czyli bogactwa - także wytłumaczone jest warunkami społeczno-ekonomicznymi, czyli dzieciństwem w biedzie.

Niegrzeczna dziewczynka, chociaż nie jest elementem stabilnym, ale jest stałą częścią życia Ricarda. Z kolei w każdym nowym etapie życia, bohater ma innego przyjaciele lub przyjaciół. Pierwszych kilku umiera - w ferworze rewolucyjnej walki, na AIDS lub odbierając sobie życie po zawodzie miłosnym. Ricardo też był bliski samobójstwa, ale to nie byłoby w jego stylu. On jest przeciętniakiem, tchórzem i konformistą. Żyje spokojnie jako tłumacz, czyli cień - jedyne jego życiowe szaleństwo to destrukcyjna miłość do niegrzecznej dziewczynki, która go rujnuje, ale bez której jego życie zupełnie nie byłoby nic warte.

 

14:18, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 listopada 2010

Już po raz drugi w ciągu roku Orhan Pamuk mnie wymęczył i rozczarował. Pierwszy raz przy lekturze jego najnowszej powieści "Muzeum Niewinności", a teraz jego pierwszą książką "Cevdet Bej i synowie" (obydwie niestety bardzo obszerne). Tym razem mogę mu wybaczyć, bo ta powieść to jego debiut z 1982 roku. Początkujący pisarz dopiero uczy się warsztatu i tego, że nie zawsze warto przelewać na papier wszystko, co ma się w głowie.

Styl jest fatalny, a fabuła też mało ciekawa, więc "Cevdet Bej i synowie" to była ciężka lektura. Ale książka ma niewątpliwą wartość historyczno-obyczajową. Prolog rozgrywa się u schyłku Imperium Osmańskiego, główna część to lata 30-te, a więc początki Republiki, a epilog dzień z  roku 1970 podczas rządów Demirela. Bohaterowie dużo mówią o sytuacji politycznej i ekonomicznej w kraju, o reformach i nastrojach społecznych. Akcja umieszczona jest w Stambule, ale także w Ankarze i Kemahu.

"Cevdet Bej i synowie" to saga rodzinna. Tytułowy Cevdet to jeden z pierwszych tureckich kupców w Stambule. Ożenił się z córką paszy i kupił dom w Nişantaşı. W powieści śledzimy losy jego synów i ich kolegów. Główny akcent położony jest na dylematy młodych mężczyzn, chociaż czasami poznajemy myśli nestorów rodziny. Ponieważ Ci młodzi mężczyźni są na ogół zamożni, ich głównym problemem jest obawa przed zmarnowaniem życia i burżuazyjną obyczajowością. W latach 30-tych ucieczką może być pasja reformatorska lub panturkizm, ale wnuk Cevdeta jest już artystą i lewicowcem.

Jeśli ktoś jest ciekawy, jakie były początki noblisty Pamuka, to może sięgnąć po "Cevdet Bej i synowie", ale z pewnością bardziej satysfakcjonującą lekturą będą "Nazywam się czerwień", "Śnieg" czy "Dom ciszy".

 

Orhan Pamuk "Muzeum niewinności"

Orhan Pamuk "Dom ciszy"

Orhan Pamuk (dzieła zebrane...)


10:19, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (2) »
sobota, 06 listopada 2010

Po zakończeniu cyklu "Daleko od Wichrowych Wzgórz" (pierwsze spotkanie z cyklu opisałam tutaj), Teatr Dramatyczny wydał książkę nawiązującą do spotkań przygotowanych i prowadzonych przez Agnieszkę Drotkiewicz. To ona także zebrała teksty do książki, a ich autorami są goście cyklu: Agnieszka Chrzczonowicz, Anna Marchewka, Sylwia Chutnik, Beata Stasińska i Bella Szwarc-Czarnota. Żaden z tych tekstów nie jest zapisem dyskusji, ale jej zupełnie niezależnym uzupełnieniem, a każdy ma inną formę.

Cała książka otwiera się dramatem Agnieszki Drotkiewicz o tytule "Daleko od Wichrowych Wzgórz". Postaci do bohaterowie literaccy z omawianych podczas cyklu utworów, a także goście, z którymi Drotkiewicz rozmawiała. W ich usta wkłada ona fragmenty pochodzące z najróżniejszych utworów. Całość tworzy komentarz do poruszanych na spotkaniach literackich tematów, zwłaszcza do pytania, czy inaczej traktujemy wielkie namiętności? Kobiety inaczej niż mężczyźni? My współcześni inaczej niż pisarze sprzed wieku?

Mottem całego cyklu było hasło "Czytanie to awantura". W tekście o Szelburg-Zarembinie Anna Marchewka tak opisuje doświadczenie lektury:

"Co się wyniosło z takiej zuchwałej wyprawy, należy zderzyć z cudzymi łupami. To nie jest zamknięty obieg, to czytanie. Samo chłonięcie cudzego języka to zaledwie początek. Czytelnik nie może (jeśli na lekturze mu zależy) zostać w fotelu na zawsze. (...) rusza na spotkanie z innym czytelnikiem. Dopiero w rozmowie z innym czytanie znajduje dopełnienie. Bo ta awantura podszyta jest pragnieniem porozumienia."

Czy to nie jest dokładnie o blogach książkowych? ;)

 

15:32, sylwiapecyna , recenzja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 października 2010

Opowiadanie Irène Némirovsky "Dimanche" przeczytałam w magazynie The Persephone Biannually. Akcja rozgrywa się w Paryżu przedwojennym, bohaterowie to zamożna rodzina. Ojciec ma kochankę, matka jest wycofana i obojętna, a 20-letnia córka przeżywa pierwsze uniesienia miłosne. Konstrukcja opiera się na kontraście młoda kobieta pełna życia i namiętności i zgorzkniała kobieta w średnim wieku, której jest już wszystko jedno. Tyle że matka była kiedyś też młoda i także potrafiła kochać całym sercem i cierpieć.

Obserwujemy przeżycia tej grupki ludzi podczas jednego popołudnia i wieczoru. Opowiadanie to jest więc idealne do uprzyjemnienia sobie popołudniowej herbatki. Nie zachwyciło mnie szczególnie, nie ma tak przemyślanej konstrukcji, jak najlepsze przykłady gatunku, ale z chęcię sięgnę w przyszłości po jakąś powieść Némirovsky.

 

12:06, sylwiapecyna , recenzja
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 października 2010

Książka Dana Ariely "Predictably Irrational" ukazała się w 2008 roku, tuż przed kryzysem i chyba dzięki temu zyskała taki rozgłos. Ariely opisuje w niej bowiem eksperymenty z dziedziny behawioralnej ekonomii, które pokazują, dlaczego założenia tradycyjnych ekonomistów często się nie sprawdzają. Wszystko wyłożone jest w sposób ciekawy i prosty, chociaż na początku trochę mnie denerwowało, że autor niektóre rzeczy powtarza i tłumaczy "jak krowie na rowie".

Główne przesłanie książki, zawarte także w tytule, jest takie, że człowiek nie postępuje na ogół racjonalnie (chociaż zazwyczaj jest o tym przekonany), ale jego nieracjonalne zachowania układają się we wzory. Drogą eksperymetnów, można przewidzieć nasze ludzkie "przewidywalne irracjonalne" zachowania.

Drugą ważną - wg autora udowodnioną - myślą jest to, że inaczej się zachowujemy, gdy mamy do czynienia z pieniędzmi. Przyjrzenie się naszym decyzjom, zwłaszcza tym finansowym, pozwala przewidzieć skłonności i odpowiednio je ukierunkować, tak aby pomóc ludziom podejmować dobre decyzje. Dobre decyzje jednostek wpłyną na kondycje społeczeństwa.

Ostatnia część książki (w wydaniu drugim rozszerzonym) poświęcona jest analizie kryzysu. Ariely w całej ksąiżce podsuwa gotowe sposoby zastosowania jego teorii w życiu codziennym i w obszarach odpowiedzialności państwa.

Na co dzień nie czytam książek z dziedziny ekonomii. Od tej jednak ciężko było mi się oderwać - czytałam "Predictably Irrational" za takim samym entuzjazmem z jakim czytam ciekawe powieści.

22:15, sylwiapecyna , recenzja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 października 2010

Witold Szabłowski bardzo dobrze zna Turcję, dlatego "Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji" to świetna książka. Żeby od początku przybliżyć Turcję emocjonalnie polskiemu czytelnikowi, Szabłowski zaczyna od historii Nazima Hikmeta - najsławniejszego poety tureckiego, którego pradziadek był Polakiem. Hikmet, gdy musiał uciec z Turcji oskarżony o komunizm i zamieszkał w ZSRR, często odwiedzał Polskę. Autor rozmawiał z Polakami, którzy pamiętają jego wizyty.

W kolejnych rozdziałach Szabłowski pisze oczywiście o Atatürku, honorowych zabójstwach i o Ali Ağca, ale porusza też inne ciekawe tematy, które dla przeciętnego Polaka są nowością. Jeden rozdział jest o seksie - nigdzie wcześniej nie miałam okazji czytać o tureckim seksie. Jest też cały jeden rozdział bajbuszach - sławnych butach z Turcji.

To, że Szabłowski biegle włada tureckim i zna doskonale kulturę tego państwa, pozwala mu łatwo docierać do ciekawych ludzi i ich wypowiedzi i historie zamieścić w odpowiednim kontekście. Książkę gorąco polecam - zarówno turkofilom jak i turkofobom, każdy znajdzie w niej coś ciekawego.

 

21:51, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 września 2010

Książkę Magdy Zawadewicz "Życie codzienne w muzułmańskim Londynie" przeczytałam jeszcze przed wyjazdem. Spacerując po Londynie korzystałam z jej wskazówek. "Życie codzienne..." to porządnie przygotowany materiał z dużą ilością praktycznych informacji na temat topografii miasta i społeczeństw muzułmańskich. Książka będzie przydatna głównie dla osób mieszkających w Londynie lub odwiedzających to miasto, którzy chcą zagłębić się w jego muzułmańskie dzielnice. Poza tym w publikacji znajdziemy krótką historię imigracji do Londynu. Autorka jest bardzo uważna w rozgraniczaniu zwyczajów związanych z Islamem, a tych wywodzących się z folkloru poszczególnych państw muzułmańskich.

 

East London Mosque

East London Mosque w dzielnicy Whitechapel

 

11:58, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (3) »
środa, 15 września 2010

Niedługo wybieram się do Londynu, więc żeby wczuć się w klimat miasta sięgnęłam po "Saturday" Iana McEwana. Londyn w "Saturday" jest bowiem tym, czym Dublin w "Ulyssesie".

 

Londyn

Fitzroy Square, Londyn - zdjęcie Google Street View

 

Na tym nie kończą się podobieństwa "Saturday" do dzieła Joyce'a. Bohaterem powieści jest mężczyzna w średnim wieku. Akcja obejmuje jeden dzień z jego życia. Towarzyszymy mu od 3 nad ranem do późnej nocy, pewnej soboty w lutym 2003 roku. Ten bohater to Henry Perwone, neurochirurg, który krąży po okolicach Camden Town i załatwia różne sprawunki, tak samo jak Bloom. Śledzimy jego poczynania, ale także myśli i uczucia, które mu towarzyszą.

"Saturday", tak samo jak "Ulysses", jest mocno osadzona w realiach - Londynie zamożnej klasy średniej, sytuacji politycznej (zbliżająca się wojna w Iraku, zamachy terrorystyczne), świecie zawodowym neurochirurgów. Niestety w wykonaniu McEwana poruszane, aktualne dla czytelnika tematy brzmią momentami jak rozprawki. Natomiast, gdy McEwan zaczyna pisać o miłości, zwłaszcza miłości Perwone do jego żony, tekst staje się piękny, prawdziwy i poruszający.

Dzień z życia Blooma był dosyć typowy. Spotkanie Stephena było wydarzeniem szczególnym, ale nie nadzwyczajnym. Natomiast w "Saturday" mamy do czynienia z wydarzeniem zupełnie dramatycznym i wyjątkowym - nie chcę zdradzać, żeby nie psuć przyjemności z lekturym tym, którzy książkę zamierzają przeczytać. Chodzi o zdarzenie charakterystyczne dla fabuł McEwana (chociażby "Enduring Love"), czyli zburzenie uporządkowanego świata bochatera poprzez pojawienie się w jego życiu nowej, niezrównoważonej psychicznie osoby.

"Saturday" nie jest najlepszą książką McEwana, ale to solidna lektura.

22:04, sylwiapecyna , recenzja
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 września 2010

Byłam zachwycona powieścią "Żołnierze spod Salaminy", gdy ją przypadkowo odkryłam rok temu. Nowa powieść Javiera Cercasa, "Prędkość światła", która właśnie została wydana w Polsce, nie zrobiła już na mnie tak ogromnego wrażenia, ale to książka bardzo dobra i ciekawa. Jej narratorem jest także pisarz, który tworzy książkę, którą właśnie czytamy. Kolejna rzucająca się w oczy analogia, to temat wojny. Jeden z bohaterów "Prędkości światła" jest weteranem wojny w Wietnamie.

Nowa książka Cercasa jest o winie, a raczej o poczuciu winy i wyrzutach sumienia. Dwaj mężczyźni, główne postaci, Amerykanin i młodszy od niego Hiszpan, mają na sumieniu czyjeś życie. To, w jakim stopniu są winni nie ma znaczenia, chodzi o to, że oni sami czują ciężar winy i próbują sobie z nim poradzić.

"Prędkość światła" jest także o opowieściach wojennych. Pisarz zasłyszał historię pobytu przyjaciela na wojnie. Najpierw uważa, że nie zna jeszcze wszystkich szczegółów, całej prawdy, więc nie może podjąć się napisania tej książki. Potem dochodzi do wniosku, że nie trzeba wcale rozumieć opowieści, aby ją napisać. Ale czy w ogóle można pisać o wojnie, oddać jej inność i okropieństwo? Pokazać, co robi ona z ludźmi? Te rozważania naturalnie kojarzą się z klasykiem opowiadań wojennych, "How to Tell a True War Story" Tima O'Briena (pisałam już o niej tutaj: http://ajaczytam.blox.pl/2009/09/The-Vintage-Book-of-War-Stories.html). Opowieść o wojnie może być tylko i wyłącznie zmyślona, bo prawdy nie da się przekazać, nie można zrozumieć wojny nie walcząc jako żołnierz.

Ojciec, którego dwóch synów wałczyło w Wietnamie, mówi, że tamta wojna była zupełnie inna niż wcześniejsze. Ale tak naprawdę każda wojna jest taka sama - ludzie zabijają innych ludzi. "Prędkość światła" jest więc o każdej wojnie. Nasz narrator zapowiada, że pozmieniał imiona, daty, miejsca, więc inspiracją dla książki być może wcale nie był Wietnam.

Powieść, tak samo jak "Żołnierze..." kończy się przeświadczeniem, że książki powstają po to, aby umarli nadal żyli, aby żywa była pamięć o nich. Chodzi zarówno o bohaterów, jak i zwykłych, bliskich nam ludzi.

Nie wiem, dlaczego Cercas zatytułował tę powieść "Prędkość światła". Być może ma to związek z powtarzającą się teorią, że przeszłość nie jest niezmienna. Można ją zmieniać myśląc o niej i o niej opowiadając. Teraźniejszość zaś staje się przeszłością z prędkością światła, to co było teraz jest już w zasadzie wtedy.

 

21:37, sylwiapecyna , recenzja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 sierpnia 2010

"Klub Matek Swatek" Ewy Stec to idealna książka na urlop, zwłaszcza na plażę - lekka, łatwa i przyjemna. Do tego osadzona w polskich realiach, bo mamy: kobiety w średnim wieku desperacko marzące o wnukach, które nagabują swoje 30-letnie niezależne córki do wyjścia za mąż; a także CBŚ, skorumpowanych policjantów, upartych i dumnych górali, sąsiadki w podomkach... Chociaż służby wywiadowcze jeżdżące Astonem Martinem to już chyba czysta fantazja. Mamy też kobietę i mężczyznę, którzy, choć siebie nie lubią, to czują dziwne przyciąganie - wiadomo, kto się czubi ten się lubi.

 

 

Klub Matek Swatek

 

Chociaż miłość i związki damsko-męskię są bardzo istotne w książce, to jednak nie jest to romans. Książka nie posłuży raczej za podstawę komedii romantycznej, ale za to świetnie nada się na scenariusz komedii kryminalno-sensacyjnej. Intryga i akcja to są zdecydowanie mocne strony "Klubu Matek Swatek". Do słabych stron należy styl autorki. Dialogi nie są najlepsze, a wewnętrzne monologi bardzo mnie drażniły. Poza tym Stec stara się być dowcipna w każdym zdaniu, a tej książce naprawdę wystarczy dowcip sytuacyjny.

Książkę czyta się bardzo szybko i często z zapartym tchem. Chociaż sezon urlopowy już się kończy, myślę, że "Klub Matek Swatek" nada się także na ponure jesienne wieczory. Potrafi zrelaksować i poprawić nastrój.

 

21:04, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 sierpnia 2010

Hoca Nasrettin (po polsku hodża Nasreddin) to jedna z moich ulubionych postaci. Mam w domu pięć książeczek o nim. Trzy z nich pochodzą z serii Drzewa Babel - "Wyczyny niezrównanego hodży Nasreddina", "Fortele niewiarygodnego hodży Nasreddina" i właśnie "Żarty niedoścignionego hodży Nasreddina". Są to zbiory króciutkich anegdotek i dowcipów, których głównych bohaterem jest właśnie Nasreddin. Większość z nich jest zabawna, ale głównie mają one uczyć o naturze ludzkiej, pokazywać paradoksy ludzkiego rozumowania i podnosić na duchu.

 

 

Hoca Nasrettin

 

Legendy i opowiastki o hodży znane są w wielu krajach na granicy Europy i Azji, ale ja go poznałam dzięki kulturze tureckiej. Jest on w niej bardzo popularny, również wśród dzieci. W historiach o Nasrettinie pojawiają się także inni bohaterowie: osioł i żona hodży, derwisze, kupcy, sułtani...

A teraz zagdaka dla Was. Co mam w kieszeni? Dam Wam wskazówkę: Ma to kształt jajka, jest białe i żółte w środku, i wygląda jak jajko.

 

18:51, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 sierpnia 2010

Po książce zatytułowanej "Hotel World", której akcja rozgrywa się w Wielkiej Brytanii a każdy z rozdziałów oznaczony jest nazwą czasu gramatycznego z języka angielskiego, spodziewałam się powieści o imigrantach. Jednak wszyscy bohaterowie książki Ali Smith są Anglikami. W tytułowym hotelu wydarzyła się pewna tragedia - 19-letnia dziewczyna zginęła w wypadku. Narratorka każdego z rozdziałów jest w jakiś sposób powiązana z tym incydentem.

Bohaterki łączy jeszcze poczucie pustki, braku. Same często nie potrafią określić, co tak naprawdę im dolega, lub dlaczego czują się nieszczęśliwe lub znudzone. Być może winić należy materializm naszych czasów (akcja rozgrywa się w roku 2000)? Hotel należy do sieci Global Hotels i jest symbolem konsumpcjonizmu, wyzysku, korporacyjnej chciwości, snobizmu...

Rozdział pierwszy i ostatni nie bardzo mi się spodobały, za dużo w nich duchów. Natomiast język środkowych rozdziałów sprawił, że czytałam je z dużą przyjemnością. Sposób w jaki Smith zagłębia się w psychikę narratorek jest zaletą powieści. Jednak w moim odczuciu, poprzednia książka autorki, którą czytałam, "The Accidental", jest lepsza.

 

13:53, sylwiapecyna , recenzja
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 sierpnia 2010

O głównym bohaterze i narratorze "Sennika współczesnego" Tadeusza Konwickiego niewiele wiemy. Na początku w zasadzie nic, oprócz tego, że znajduje się w malutkim miasteczku pod Borem Sołeckim i że prawdopodobnie próbował popełnić samobójstwo. W całej powieści tylko raz pojawia się jego imię - Paweł. Wiemy natomiast, że w oddziale partyzanckim miał kryptonim Stary.

Z czasem dowiemy się trochę więcej o jego wcześniejszym życiu - we wspomnieniach wróci kilka razy do czasów wojennej partyzantki. Jedyne pozostałe informacje, jakie mamy o jego życiu to, że jako nastoletni chłopiec ze wsi próbował dostać się do gimnazjum w mieście i że po wojnie złożył wniosek o przyjęcie do partii.

Dla mieszkańców miasteczka nad Sołą nasz narrator jest równie zagadkowy. Uważają, że jest dziwny i że powinien opuścić ich okolice. Kobiety są nastawione do niego pozytywnie, ale zupełnie go nie rozumieją. Mężczyźni zdają się rozumieć demony, które gnębią naszego bohatera, ale nie zamierzają mu pomagać. Woleliby, żeby jak najszybciej wyniósł się z miasteczka.

Lektura "Sennika współczesnego" nie była dla mnie łatwa. Przyjemnie czytało mi się scenki rodzajowe z miasteczka we wschodniej Polsce z wręcz karykaturalnymi postaciami. Jednak, gdy narrator jak w transie rozpoczyna swoje wędrówki po okolicy, ja się zaczynam gubić. Jego mary i oniryczne wizje nie przemawiają do mnie.

Tradycyjny sennik tłumaczy nam czarno na białym, co oznaczają konkretne wizje i zdarzenia z naszych snów. "Sennik współczesny" jest jednak zupełnie inny. Niczego nam nie wyjaśnia, zaciera granice między dobrem a złem, pokazuje, że wartości mogą być względne. Polacy po 1945 roku są zagubieni i ostrożni, a niektórych, tak jak naszego narratora, męczą wyrzuty sumienia i koszmary z przeszłości.

 

Tadeusz Konwicki

autograf pisarza w moim egzemplarzu "Sennika współczesnego"

 

Zobacz: spotkanie z Tadeuszem Konwickim

 

19:12, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (1) »
niedziela, 25 lipca 2010

Toni Morrison potrafi w swoich książkach zbudować niesamowity klimat, który jest jak balsam na duszę, chociaż one same poruszają trudne i bolesne tematy. Tak też jest w "Paradise" ("Raj"). Tytył może odnośić się do małego miasteczka na odludziu - Ruby. Zamieszkują go czarnoskórzy Amerykanie, których przodkowie własnymi rękami założyli miasto Haven. Jednak, gdy zaczęło ono podupadać, kilka rodzin postanowiło spróbować jeszcze raz i założyć kolejne idealne miasto. Wydaje się, że za drugim razem im się wreszcie udało - Ruby prosperuje i jest oazą spokoju. Aż do czasu... Jak każda utopia, i ta okazała się złudna.

Mieszkańcy miasteczka są Murzynami o bardzo ciemnej skórze. Kilkadziesiąt lat wcześniej z tego właśnie powodu ich przodkowie zostali odrzuceni przez inną czarnoskórą społeczność. Doświadczenie odrzucenia, wędrówki i budowy własnej małej ojczyzny stało się mitem założycielskim. Co roku w Ruby wystawiane są jasełka. Występujące w nich dzieci odgrywają rolę świętej rodziny. Jednak biblijna historia jest naciągnięta i na scenie pojawia się 7 Marii i Józefów. Opowieść o Betlejem staje się pretekstem do przypomnienia historii siedmiu rodzin, które założyły Haven. Ta legenda ciągle żywa w pamięci mieszkańców sprawia, że są niechętni wobec obcych - białych i czarnych. Są też wrogo nastawienie do zmian społecznych i kulturowych. Nie chcą u siebie telewizji ani dyskotek. Nie chcą pozwolić młodzieży na formułowanie własnych opinii i szukanie wartości.

Nieopodal miasta mieści się posiadłość zwana Klasztorem. W rzeczywistości to ogromny dom w nowobogackim stylu, który pewna fundacja przeznaczyła na szkołę dla indiańskich dziewcząt prowadzoną przez zakonnice. Gdy zabrakło uczennic, a ostatnia siostra zakonna umarła, Klasztor stał się oazą dla kilku skrzywdzonych zagubionych kobiet. Tytułowy raj może odnosić się także do tego domu. W tym miejscu czują się bezpieczne i wolne, ale ich zachowanie jest surowo oceniane przez większość mieszkańców Ruby. Zwłaszcza mężczyźni czują się zagrożeni, gdy w pobliżu ich miasta, które miało być twierdzą chroniącą przed niesprawiedliwym i niemoralnym światem zewnętrznym, dzieją się rzeczy, na którymi nie mają oni kontroli.

Cała powieść zbudowana jest wokół zasady polaryzacji. Klasztor przeciwstawiony jest Ruby. Młodzież dorosłym; czarni białym; ojcowie i matki bezdzietnym; tradycja nowoczesności. Jednak najostrzejszy konflikt jest pomiędzy kobietami a mężczyznami. W "Paradsie" kilka razy linie podziału zostają przekraczane przez jednostki, jednak społeczeństwo zawsze pozostaje podzielone.

Toni Morrison "A Mercy"

 

19:36, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (1) »
środa, 30 czerwca 2010

Przygotowana lekturą "A Short History of Myth" sięgnęłam po kolejną książkę z serii wydawniczej The Myths - "The Penelopiad" Margaret Atwood. Słynna kanadyjska pisarka wybrała mit Penelopy, żony Odyseusza i symbolu wierności. Podstawowym źródłem była tu "Odyseja" Homera. Jak na XXI-wieczną wersję przystało, Atwood patrzy na wydarzenia z perspektywy pokrzywdzonych, czyli kobiet i niewolnic. Główną narratorką jest sama Penelopa, która po tylu tysiącleciach otrzymała prawo głosu i opowiedzenia swojej wersji wydarzeń. Oprócz tego w chórkach - i nie tylko - pojawia się 12 powieszonych przez Odyseusza młodych niewolnic. Te wszystkie zabiegi nie sprawiają, że mamy poznać prawdziwą wersję zdarzeń sprzed wieków. Wręcz przeciwnie, obraz robi się bardziej zamazany, bo nie wiemy, komu mamy wierzyć - Penelopie, Euryklei czy służkom?

Historia Penelopy i jej związku z Odyseuszem, opowiedziana przez nią samą, jest bardzo ciekawa. Można się z niej dowiedzieć wiele na temat życia codziennego w czasach starożytnych, a  do tego zaspokaja naszą współczesną potrzebę intymności - poznajemy bohaterów w zwykłych życiowych sytuacjach, możemy z bliska obserwować ich związek.  Nie podobają mi się natomiast w "The Penelopiad" fragmenty, które kontrastują nasze czasy (widziane z perspektywy zaświatów) z czasami antycznymi. Prowadzi to do efektu dziecinady, zabawy w udawanie naiwności i patrzenie na rzeczy dla nas normalne jak na dziwadła. Oczywiście takie świeże spojrzenie może mieć swoje zalety, ale w przypadku tej książki to się nie sprawdza.

Karen Armstrong podkreślała kilkakrotnie, że zadaniem mitu jest pokazanie nam, jak należy się zachować, wskazanie właściwej ścieżki. Jeśli "The Penelopiad" jest współczesną wersją mitu, jaką drogę nam wskazuje? Zastanawiałam się nad tym i nie jestem pewna, czy z książki Atwood możemy wyciągnąć jakąś praktyczną nauczkę. Być może taką, że same musimy zadbać o nasze bezpieczeństwo i dobrobyt i nie polegać ani na mężczyznach ani na ludziach posiadających władzę? Że tylko spryt popłaca?

Książka została przetłumaczona na polski i wydana pod tytułem "Penelopiada".

 

20:27, sylwiapecyna , recenzja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
KinoPomoc_205x128