o książkach, literaturze, magazynach i nagrodach literackich
KinoPomoc_205x128
Blog > Komentarze do wpisu

Marilynne Robinson "Gilead"

Po "Gilead" Marilynne Robinson sięgnęłam mając w głowie "Opowieści podręcznej" Margaret Atwood, pewnie dlatego myślałam, że akcja będzie rozgrywała się w przestrzeni alegorycznej. Spodziewałam się, że Gilead to miejsce nieokreślone, albo znajdujące się w wymyślonym państwie lub odległym czasie. Dopiero po iluś stronach dotarło do mnie, że akcja powieści rozgrywa się w bardzo konkretnej przestrzeni i czasie - w amerykańskim stanie Iowa w roku 1956, a także w drugiej połowie XIX i pierwszej połowie XX wieku.

Ameryka pokazana w "Gileadzie" jest zupełnie inna od obrazu, jaki miałam w głowie. To dlatego, że patrzymy na nią z bardzo osobliwej perspektywy - oczami pastora, który wychowywał się wśród rodzin duchownych i nigdy nie opuścił swojego miasteczka (oprócz czasu spędzonego w seminarium). Pod koniec książki rzeczywiście pada zdanie, które potwierdza, że świat Gileadu jest specyficzny:

[Mój ojciec] powiedział mi, że wystarczy z pewnej odległości spojrzeć na Gilead, żeby zauważyć, że ta miejscowość jest reliktem przeszłości, archaizmem.

Książka ma formę listu do syna. 77-letni pastor ma 7-kletniego synka, a ponieważ jest poważnie chory na serce, wie, że wielu rzeczy nigdy nie będzie miał szansy mu powiedzieć. List ten staje się jednak pamiętnikiem, bo pastor opisuje w nim to, co się wokół niego dzieje oraz swoje przemyślenia. Początkowo dużo miejsca poświęca na przytaczanie historii rodziny (dzięki czemu dowiadujemy się dużo o historii Środkowego Zachodu), w dalszej części skupia się bardziej na swoich rozterkach duchowych i tym, co się dzieje tu i teraz.

Zakres ważnych tematów poruszonych w tej książce jest ogromny. Kwestie takie jak ojcostwo, wiara, miłość, wybaczenie, starość są bardzo pięknie i taktownie przedstawione. Bardzo ważna w książce jest kwestia wiary i religijności, ale Robinson udaje się pisać o tych sprawach w sposób nieinwazyjny. Myślę, że osoby niewierzące mogą czerpać tak samo wiele z tej powieści jaki i osoby głęboko religijne.

Dla mnie osobiście zmagania pastora z samym sobą i jego refleksje obrazują dwie "prawdy". Po pierwsze, bardzo trudno nam być szczerym wobec samych siebie. Nie potrafimy się przyznać do swoich prawdziwych uczuć, pragnień, zamiarów. Po drugie, nigdy tak do końca nie możemy poznać drugiego człowieka. Jack Boughton jest dla pastora wielką zagadką, chociaż zna go od dziecka. Czasem osądzamy innych, bo wydaje się nam, że znamy ich intencje, motywacje, jednak w rzeczywistości nie mamy wglądu w ich duszę.

Powieść "Gilead" zdobyła w 2004 roku Pulitzera i z pewnością na niego zasłużyła. Nie czytałam żadnej innej książki autorstwa Marilynne Robinson, ale jeśli cała jej twórczość jest na takim poziomie, to nie dziwię się, że za ostatnią książkę "Home" przyznano jej Orange Prize for Fiction.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009, sylwiapecyna